Pekin 2008 - druga strona medalu

księga gości


2009
listopad
kwiecień
styczeń
2008
wrzesień
sierpień
luty
styczeń
2007
październik
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
styczeń
2006
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty



Życie
Tybet żyje

blog macierzysty
blog macierzysty .

Inne
Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa
AUSCHWITZ .
What for - Powstanie Warszawskie "Radosław, nie strzelać"
Pamiętając Nagasaki między innymi galeria Yosuki Yamahaty
Historia Najnowsza strona Stanisława Ciesielskiego - głównie tragiczne kwestie wschodnie.
Historia Obozu Zagłady w Bełżcu dobrze zrobiona strona o obozie z którego przeżyła tylko jedna osoba.
Żydzi 1939-45. Zagłada. Haganah. Część sporego serwisu poświęconego historii Żydów i Państwa Izrael





BLOG
jeżeli chcesz do mnie napisać - oto mój e-mail: radek_kirschbaum@o2.pl


















radek-kirschbaum



ZADUSZNE CZYTANIA KIRSCHBAUMA

Najpierw fragmenty wypowiedź Prezydenta Rosji, Dimitrij Miedwiediewa, które sprawiło, że Kirschbaum czytał i oczom nie wierzył:

 

Dzień pamięci ofiar represji politycznych 30 października ustanowiono 18 lat temu. Jestem przekonany, że pamięć o narodowych tragediach jest tak samo święta jak pamięć o zwycięstwach. Ważne, żeby młodzi nie tylko mieli wiedzę historyczną, ale także poczucie obywatelskości. By byli zdolni przeżywać jedną z największych tragedii w historii Rosji. A nie jest to wcale łatwe.

[...]
Trudno sobie wyobrazić skalę terroru, którego ofiarą były wszystkie narody naszego kraju. Szczyt nastąpił w latach 1937-38. "Wołga narodowego bólu" - tak Aleksander Sołżenicyn nazwał nieskończoną rzekę represjonowanych w tym czasie. W ciągu 20 przedwojennych lat unicestwiano całe warstwy naszego narodu. Praktycznie zlikwidowano kozactwo. Rozkułaczono i wykrwawiono chłopów. Represjom politycznym podlegała inteligencja, robotnicy, wojskowi. Prześladowani byli przedstawiciele absolutnie wszystkich wyznań politycznych.
30 października jest dniem pamięci o milionach okaleczonych istnień. O ludziach rozstrzelanych bez sądu i bez śledztwa, o ludziach wysłanych do obozów i na zesłanie, pozbawionych praw obywatelskich za "nie to, co niesłuszne" albo słynne "pochodzenie społeczne". Etykietka "wrogów narodu" i ich "wspólników" przylgnęła wtedy do całych rodzin. Pomyślmy: miliony ludzi zginęły na skutek terroru i fałszywych oskarżeń. Miliony zostały pozbawione praw. Nawet prawa do godnego pochówku, a przez długie lata ich imiona były po prostu wykreślone z historii.
Do dziś można usłyszeć, że ofiary te można usprawiedliwić wyższymi celami państwowymi. Jestem przekonany, że żadne sukcesy ani ambicje kraju nie mogą być osiągane za cenę ludzkiego życia, bólu i strat. Nic nie może stać wyżej niż cena ludzkiego życia. Dlatego represji nie można usprawiedliwić.
Poświęcamy dużo uwagi walce z fałszowaniem naszej historii. Ale w dziwny sposób uważamy, że chodzi wyłącznie o niedopuszczalną rewizję skutków II wojny światowej. Niemniej ważne jest, żeby pod pozorem obrony historycznej sprawiedliwości nie usprawiedliwiać tych, którzy unicestwiali swój naród.
[...]
Zaakceptować przeszłość taką, jaką była - na tym polega obywatelska dojrzałość. Niemniej ważne, żeby badać przeszłość, przemóc obojętność i próby zapomnienia tragicznych stron historii. Nikt poza nami samymi nie jest w stanie tego zrobić.
Rok temu, we wrześniu, byłem w Magadanie. Stojący tam pomnik "Maska bólu" Ernsta Nieizwiestnego zrobił na mnie wielkie wrażenie. Był przecież zbudowany nie tylko za państwowe pieniądze, ale także z datków. Potrzebne są nam takie miejsca, które będą przekazywać pamięć o przeszłości z pokolenia na pokolenie. Trzeba także szukać zbiorowych mogił ofiar represji, identyfikować zabitych, a w razie konieczności rehabilitować ich. Wiem, że ta sprawa niepokoi czytelników mojego blogu. Nikt oprócz nas samych nie zachowa pamięci historycznej ani nie przekaże jej nowym pokoleniom.


Bez poznania skomplikowanej i pełnej sprzeczności historii nie sposób zrozumieć dziejów naszego wielkiego państwa, nie sposób zrozumieć przyczyn naszych problemów, trudności dzisiejszej Rosji. Ale chciałbym podkreślić jeszcze raz: nikt poza nami samymi nie rozwiąże tych problemów. Nie wychowa dzieci w duchu szacunku dla prawa, szacunku dla praw człowieka, wartości życia ludzkiego, norm moralnych biorących się z naszych tradycji narodowych i naszej religii.
tłum. Marcin Wojciechowski (za www.gazeta.pl)

Po raz pierwszy tej rangi przywódca w Nowej Rosji przyznaje że zabitych były miliony i że nic tej zbrodni nie usprawiedliwia, nawet zwycięstwo nad Hitlerem. Kirschbaum zawsze uważał, że tak długo jak Naród Rosyjski nie będzie w stanie stanąć twarzą w twarz z ówczesnymi zbrodniami, tak długo jak nie znajdzie w sobie siły by wyrazić tamten ból, oswoić go, nazwać, chociażby symbolicznie rozliczyć, odkłamać – tak długo nie znajdzie się miejsce na prawde o Biesłanie, nie będzie mowy o prawdzie o Hołodmorze, nie będzie miejsca naprawdę o Katyniu, Workucie.

Kirschbaum chce zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdarzenie, może oderwane od powyższego, ale może niezupełnie:

 

Delegacja Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego przyjechała do Polski na zaproszenie Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski. Sześciu duchownych odwiedziło w dniach 23-26 września m.in. Kraków, Gniezno, Płock i górę Grabarkę. Odprawili modły w cerkwiach w Siemiatyczach i Jabłecznej. Na Jasnej Górze otrzymali z rąk abp. Stanisława Nowaka, metropolity częstochowskiego, oraz o. Izydora Matuszewskiego, generała Zakonu Paulinów, kopię Cudownego Obrazu. „Spełniły się nasze marzenia, że kopia Ikony Matki Bożej Częstochowskiej przybędzie na ziemię rosyjską” – mówił archimandryta Arkadij, przełożony rosyjskiego klasztoru prawosławnego św. Nila na wyspie Stołobienskoje.

W modlitwie Apelowej m. in. w intencji Rosji „aby w niej narodziło się nowe życie” i w uroczystości przekazania Obrazu wzięli udział m. in. abp Stanisław Nowak metropolita częstochowski, o. Izydor Matuszewski generał zakonu paulinów oraz o. Roman Majewski przeor Jasnej Góry. – Bierzecie w swoje ręce tę Świętą Ikonę. Ona przyszła do nas już omodlona na Wschodzie. Ten Obraz łączy dwa wielkie światy. Ta Święta Ikona jest znakiem oddychania dwoma płucami, jak uczył Jan Paweł II. Przez znak tej Ikony Świętej Częstochowa i wasz klasztor w Rosji będziemy duchowo złączeni- mówił abp Stanisław Nowak.


Rosyjscy duchowni prawosławni spotkali się też z abp. Henrykiem Muszyńskim. „Przekazanie kopii jasnogórskiej ikony dla prawosławnego klasztoru jest ważnym krokiem na drodze zbliżenia naszych narodów i Kościołów” – komentował hierarcha. Jego zdaniem gest prawosławnych duchownych jest znaczący i trzeba spojrzeć na niego w kontekście „niezabliźnionych ran” – Katynia, Miednoje i Charkowa. „Oto w miejscu uwięzienia i cierpień tysięcy naszych rodaków zawiśnie wizerunek bliski sercom wszystkich Polaków. Wizerunek ważny także dla Kościoła wschodniego. Będą się przed nim modlić i Polacy, i Rosjanie, katolicy i prawosławni” – mówił abp Muszyński.

 

Po wybuchu rewolucji październikowej klasztor był bardzo mocno ograniczany w swojej działalności duchowej, kulturalnej i edukacyjnej. Przetrwał tak do 1927 r. kiedy został zamieniony przez władze komunistyczne na ośrodek poprawczy dla nieletnich, a od 1939 r. przetrzymywano tu jeńców polskich. We wrześniu 1939 r. w zabudowaniach poklasztornych prawosławnego monastyru założono największy z obozów w których więziono jeńców polskich. Likwidację tego obozu poprzez egzekucję jeńców rozpoczęto 4 kwietnia 1940 roku. W siedzibie NKWD w Twerze rozstrzelano 6295 policjantów, żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, pracowników administracji państwowej, żandarmerii i wywiadu z obozu w Ostaszkowie. Ciała rozstrzelanych zostały wywiezione ciężarówkami do lasu pod Miednoje. W 1991 r. placówka wróciła do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego.

 

Taka kolejność, że najpierw trzeba otworzyc oczy i zobaczyć. Grób trzeba opłakać, omodlić, musi się osiąść bo jak poucza w piosence Jan Krzysztof Kelus nadal:

„w tajdze są groby, bez krzyży i zniczy

I białe są karty dziejowych rozliczeń”

 

Czy wreszcie świta jakiś promień w opowieściach Kirschbauma? Czy wreszcie będzie można mówić imionami prawych i godnych? Kirschbaum ma kilka takich grobów w tajdze do odkrycia, opisania. Jestem przecież stamtąd, na nazwisko mam Wiśniewski, babcia i dziadek Zadeberny, prarabcia i pradziadek Szopf z domu Koziuk, urodozna w Sniatyniu, przybyła tutaj gdzie i ja mieszkam długa pętlą - przez Tobolsk. A gdzie Pradziadek Franciszek?


2009-11-01 20:39:24 skomentuj (0)


DWIE NOTATKI. WIELKI POST. HOŁODMOR. HOLOCAUST

 

  

 Wyjątek z dziennika placówki wywiadowczej X22 na temat sytuacji na wsi ukraińskiej

 

4 marca 1932

Dr Grekowa opowiadała o nędzy, jaka jest na wsi. Przed paru dniami wysłano jednego pacjenta ideowego [w korespondencji wywiadowczej nazywano tak funkcjonariuszy OGPU lub członka lokalnych władz sowieckich – przyp. Kirschbaum] na wieś dla konfiskaty resztek pozostałych – ten ostatni jednak, stwierdziwszy na miejscu nędzę i głód (chłopi jedzą makuchę zamiast chleba) – wrócił, rzucając swoim pacjentom swoją książeczkę w oczy – powiedział: nie chcę więcej należeć, jeżeli to ma być ideą – przecież my stamtąd pochodzimy sami a zabieramy teraz i skazujemy na głód. Po tym fakcie przyszli do jego domu i odtąd żadnej wieści. Pozostawił żonę i dwoje dzieci.

  

Informacje z konsulatu R.P. w Kijowie dla Pana Posła R.P. w Moskwie – raport z 22 września 1932 zreferowane przez sekretarza Giżyckiego

[…]

Na tle głodowym miały miejsce liczne wypadki ludożerstwa, dla orientacji podaję kilka z nich:

  1. We wsi Mołojeckie, rej. Buki chłop, Wiktor Siwaczenko, zarżnął dwoje dzieci, które częściowo zjadł, a częściowo sprzedał na rynku. Siwaczenko został aresztowany i władze miejscowe ogłosiły go za niepoczytalnego.
  2. We wsi Chorkówka, rej. Buki matka Zacharczenko zarżnęła syna Borysa i karmiła nim resztę swoich dzieci
  3. We wsi Kiszczyńce znaleziono czteroletnie dziecko usmażone na patelni. Chłopi zlinczowali ludożercę.

[...]

 

W latach 1932-33 na Ukrainie zmarło z głodu 6, 7 lub 10 milionów ludzi.  Część cywilizowanych społeczeństw i ich cywilizowanych przedstawicieli nadal nie uważa odgórnie wywołanego Hołodomoru na Ukrainie za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Rezolucja przyjęta 2 kwietnia 2008 roku przez parlament rosyjski głosi, że głodu z lat 30. XX wieku nie należy uznawać za ludobójstwo ani wykorzystywać jako narzędzia politycznego.


2009-04-11 17:51:37 skomentuj (0)


ŚWIADECTWO

Życie zawdzięczam pomyjom

Ama Adhi

Nazywam się Adhi Tape i mam pięćdziesiąt sześć lat. Urodziłam się w Njarongu. Dwadzieścia osiem lat spędziłam w więzieniu. Opowiem o tym, co przeżyłam, żebyście lepiej zrozumieli, jak straszliwe zbrodnie popełnia się w moim kraju.

Kiedy Chińczycy zaczęli niszczyć to, co my, Tybetańczycy, uważamy za najważniejsze, stawiliśmy opór. Pewnej nocy do mego domu przyszło sześciu chińskich policjantów. Zabrali mnie i szwagra, oskarżając nas o podżeganie do buntu we wschodnim Tybecie. Miałam wówczas dwadzieścia pięć lat i dwoje dzieci: trzyletniego synka i córeczkę, która nie ukończyła jeszcze roku. Kiedy próbowałam się z nimi pożegnać, synek złapał mnie za nogę i nie chciał puścić. Chińczycy bili go i kopali, wreszcie związali. Ciągnąc za włosy, wywlekli mnie z domu. Moment rozstania z dziećmi to najgorsza chwila mego życia. Do dziś słyszę ich płacz, do dziś śni mi się, że mnie wołają.
Przewieziono nas do więzienia. Kazano nam podać imiona osób, przygotowujących powstanie. Chińczycy powiedzieli, że zastrzelą nas, jeśli nie wydamy tych ludzi. Nie chcę mówić o torturach, które w więzieniu były na porządku dziennym. Powiem tylko, że ich ślady widać na moim ciele do dziś. Podobnie jak mąż mojej siostry, przysięgłam sobie, że nie wydam nikogo, za żadną cenę. Śledczy kazali nam uklęknąć na podłodze i patrzeć sobie w oczy. Powiesili nam na szyjach tabliczki, na których napisano coś po chińsku. Nie wiem, co - żadne z nas nie znało chińskiego. Jeden z przesłuchujących powiedział, że zastrzeli szwagra, jeżeli nie podamy imion ludzi, którzy z nami współpracowali. Kazali mi patrzeć, jak zabijają go strzałem w głowę.

Później dowiedziałam się, że mój synek zwariował i odebrał sobie życie, rzucając się do rzeki. I tak straciłam dwie najbliższe osoby. W więzieniu widziałam wielu mnichów i lamów, skutych ze sobą łańcuchami jak zwierzęta. Potem załadowano ich na ciężarówki i przewieziono do Dharcedo, do splądrowanego klasztoru, który zamieniono na więzienie. W więzieniu panowały straszliwe warunki. Do jedzenia dawano nam zupę z mąki zbożowej - prawie wodę; trzy kubki dziennie. Gdy po wypiciu tej zupy potarło się wnętrze kubka palcem, nie zostawał na nim żaden ślad. Miałam szczęście - przydzielono mi dobrą pracę. Wraz z trzema innymi kobietami miałam doglądać świń chińskich strażników. Mnisi musieli załatwiać naturalne potrzeby w swoich celach. Służyły im do tego małe naczynia, które mogli opróżniać dwa razy dziennie. Starałam się im pomóc, kradnąc resztki, którymi karmiłyśmy świnie, i ukrywając je w różnych miejscach, gdzie mogli je znaleźć. Dla nich pomyje były luksusem.

Po pewnym czasie wszyscy więźniowie byli tak osłabieni, że zataczali się przy każdym kroku jak pijani. Myśleliliśmy tylko o jednym: jak zdobyć coś do jedzenia? Niektórzy mieli halucynacje i krzyczeli przez sen: „Daj mi trochę campy! Daj mi choć kawałek chleba!”. Nawet śniliśmy tylko o jedzeniu... Mówiłam już, że do pracy w chlewie wybrano nas cztery - z trzystu więźniarek. Miałyśmy dzięki temu więcej pożywienia, ale przyszło nam za to drogo zapłacić... Każdą z nas wielokrotnie zgwałcili strażnicy. Myślę, że każda kobieta może sobie wyobrazić, co wtedy czułyśmy... Po pewnym czasie została z nas tylko skóra i kości. Codziennie umierało bądź „znikało” około piętnastu więźniów. Ciała zmarłych układano w stosy i przysypywano ziemią. Nad więzieniem unosił się jak chmura nieznośny odór gnijących trupów. Wkrótce potem część więźniów - w tym mnie - przeniesiono do kopalni ołowiu. Pędzono nas tam przez trzy dni. Po drodze musieliśmy przejść przez most. Gdy go zobaczyłam, zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej będzie skończyć z tym wszystkim raz na zawsze. Chińczycy musieli podejrzewać, że wielu z nas ma podobne myśli, gdyż przed wejściem na most zatrzymali naszą kolumnę i skuli nas łańcuchami - po sześcioro. Pamiętam, że patrząc na wzburzoną wodę, walczyłam ze sobą przez dłuższą chwilę, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie wolno mi pociągnąć za sobą pięciu osób. W kopalni pracowały tysiące Tybetańczyków. Wszyscy przypominali bardziej szkielety niż ludzi. Każdy, dosłownie każdy, podpierał się kijem, żeby utrzymać się na nogach. Wszyscy zataczali się i co krok potykali - wyglądało to jak taniec trupów. My, kobiety, byłyśmy w o tyle lepszej sytuacji, że pracowałyśmy w polu, gdzie jadłyśmy trawę i korzonki. Po pewnym czasie przekonaliśmy się, że niemal wszystko, co jedzą świnie, jest jadalne i dla ludzi. Niektórzy zjadali nawet larwy i karaluchy, ale ja nie potrafiłam się na to zdobyć. Przy wydawaniu posiłków więźniowie oczywiście tłoczyli się i przepychali - kubek zupy trzeba było wypić natychmiast, jednym haustem, żeby przypadkiem jej nie rozlać. O resztki, zostające czasem na dnie kotła, wybuchały bójki; prowokowanie ich należało do ulubionych rozrywek Chińczyków. Strażnicy wymyślili też zabawę w rzucanie na ziemię herbacianych fusów, na które rzucali się wycieńczeni więźniowie. Więźnia imieniem Thubten Dhargje złapano, gdy usiłował ugryźć łydkę trupa, rzuconego na jeden ze stosów. Chińczycy okrutnie go pobili i zaczęli przesłuchiwać. Więzień bronił się, mówiąc, że nic nie zjadł, gdyż na trupie została tylko skóra - poza tym, był tak słaby, że nie mógł jej przegryźć.

Okolice tej kopalni nazywa się dziś „Ziemią trupów”.

Po pewnym czasie byłam już tak osłabiona, że nie mogłam mówić. Starciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, leżałam na stosie trupów. Ludzie, którzy wywozili zwłoki, zauważyli, że żyję. Gdyby nie to, nie mogłabym dziś opowiedzieć swojej historii.

Ze stu kobiet, z którymi trafiłam do więzienia, przeżyły tylko cztery - opiekunki świń. Reszta zmarła z głodu.



2009-01-26 21:28:05 skomentuj (2)


LHASA, WARSZAWA, JEDNA SPRAWA? TYLKO PRZEDRUK.

Co musicie przeżywać wy, skoro ja, ślepy, nie mogę na to patrzeć?

Tusong, dwudziestodziewięcioletni niewidomy mnich, który 19 kwietnia 2008 roku odebrał sobie życie w klasztorze Amdo Kirti

Decyzją Komitetu Centralnego KPCh, MKOl i astrologów (za sprawą magii pomyślnych „ósemek") rok 2008 i sierpniowe igrzyska w Pekinie miały być dla Chin trampoliną do klubu światowych potęg, wizerunkowe marzenia partyjnych dygnitarzy zniweczyła jednak eksplozja gniewu i frustracji Tybetańczyków, zmagających się od niemal dwóch dekad z nową, agresywną polityką chińskich władz.

Do pierwszych poważnych protestów doszło podczas lutowych obchodów buddyjskiego święta Monlam w okręgu Rebgong (chiń. Tongren) prowincji Qinghai, gdzie po spontanicznej kampanii palenia obszytych futrem ubrań władze mnożyły restrykcje i prowadziły intensywną „reedukację". Błahy incydent wyzwolił tłumioną niechęć, przeradzając się w bijatykę między zgromadzonymi przed świątynią Tybetańczykami a policją i wmieszanymi w tłum tajniakami. Natychmiast ściągnięto wojskowe posiłki i zatrzymano 200 osób - dwie z nich, brutalnie pobite, zmarły, co doprowadziło do kolejnych starć. Kres niepokojom położyła dopiero interwencja opata lokalnego klasztoru.

Choć dzięki agresywnym środkom kontroli, prewencyjnym zatrzymaniom, kamerom przemysłowym i armii konfidentów władzom od ponad dziesięciu lat udawało się zapobiegać poważniejszym incydentom związanym z dwoma najważniejszymi datami współczesnego kalendarza tybetańskiego - rocznicami wybuchu powstania w 1959 roku i urodzin Dalajlamy - 10 marca z klasztoru Drepung ruszyło ku Lhasie około 300 mnichów, których natychmiast otoczyli funkcjonariusze LPZ i zepchnęli z powrotem do świątyni. W tym samym czasie przed Dżokhangiem protestowało kilkunastu duchownych klasztoru Sera i świeckich, błyskawicznie pobitych i zatrzymanych przez policję. Władze musiały przeczuwać nadciągającą burzę - strzępy informacji o podobnych incydentach napływały również z prowincji Qinghai i Gansu - bowiem największe stołeczne świątynie otoczono wojskowymi kordonami, nie zatrzymało to jednak mnichów z Sera, którzy następnego dnia ruszyli ku miastu, skandując niepodległościowe hasła i domagając się zwolnienia uwięzionych współbraci. Uzbrojeni policjanci rozproszyli pochód przy pomocy granatów z gazem łzawiącym, a władze - tradycyjnie oskarżające o wywołanie niepokojów „klikę dalaja" - nakazały komitetom dzielnicowym przeszukanie wszystkich mieszkań w tybetańskich kwartałach, zarządzając obławę na duchownych bez stołecznego hukou. Dwa kolejne dni należały do mnichów trzeciej z „wielkich siedzib", Gandenu, oraz lhaskich mniszek, których marsze rozbito w podobny sposób. Niepokój w mieście potęgowały pogłoski, że uwięzieni w odciętych od świata (w tym wody i elektryczności) klasztorach na znak protestu przebijają się nożami i podpalają.

Rankiem 14 marca mnisi z położonego w centrum Lhasy sanktuarium Ramocze przewrócili policyjny samochód, który blokował ich bramę. Tym razem, jak pod koniec lat osiemdziesiątych, w obronie duchownych stanęli świeccy, obrzucając kamieniami i zmuszając do ucieczki interweniujących funkcjonariuszy. Podobnie jak wówczas - rozmyślnie lub nie (najwyżsi przywódcy TRA, do których należy podejmowanie kluczowych decyzji, byli w tym czasie w Pekinie na dorocznym posiedzeniu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych) - błyskawicznie rosnący tłum sprowokowały same władze, wycofując siły policyjne i pozostawiając ulice tybetańskich kwartałów demonstrantom, którzy ruszyli nimi, niszcząc wszystkie symbole i ślady chińskiej obecności na Dachu Świata - flagi, biura, sklepy, hale targowe, restauracje, samochody, skutery - obrzucając kamieniami chińskich przechodniów i polując na wszechobecnych tajniaków. Tybetańscy sklepikarze ratowali swój dobytek, zawiązując na drzwiach khataki, tradycyjne białe szarfy. Wedle rządowych mediów w podpalanych budynkach zginęło dziesięć osób. Po południu władze ogłosiły całodobową godzinę policyjną, a wieczorem wyprowadziły na ulice wozy pancerne, paramilitarną wujing oraz wojsko - w tym elitarne oddziały AL-W, stacjonujące na co dzień w odległym o ponad 1250 kilometrów Chengdu, stolicy Sichuanu. Żołnierze tłumili zamieszki, używając ostrej amunicji i zabijając, według różnych źródeł, od kilkudziesięciu do stu osób. Dane te trudno zweryfikować, ponieważ z Lhasy i innych protestujących regionów Tybetu zaczęto natychmiast usuwać wszystkich cudzoziemców, a masowym rewizjom - oraz polowaniu na podejrzanych, byłych więźniów politycznych i nieposiadających lhaskiego meldunku - towarzyszyło nieodmiennie konfiskowanie telefonów komórkowych. Tego dnia do wielotysięcznych demonstracji i starć z policją doszło również między innymi w Labrangu (chiń. Xiahe), w prowincji Gansu oraz w Kardze, w Sichuanie - czyli we wszystkich trzech tradycyjnych prowincjach Tybetu, co nie zdarzyło się nawet w czasie powstania w latach pięćdziesiątych. Wszędzie powiewano zakazanymi flagami, wznoszono niepodległościowe hasła (choć bywało, że demonstranci, jak gdyby chcieli podkreślić wierność obowiązującym przepisom, mówili tylko o autonomii) i żądano powrotu Dalajlamy, który wezwał Chińczyków i swoich rodaków do niestosowania przemocy oraz zwrócił się o mediację wyjątkowo oszczędnej w swych apelach o „powściągliwość" i dialog społeczności międzynarodowej.

Wojsko przywróciło spokój w stolicy - ale nie na jej długo jeszcze wstrząsanych protestami rubieżach - 15 marca, a policja wróciła do skompromitowanej przed dwudziestu laty strategii „obrotowych drzwi", dokonując setek przypadkowych zatrzymań połączonych z okrutnym biciem i torturami. Ponieważ zabrakło miejsc w instytucjach izolacyjnych, Tybetańczyków przetrzymywano w halach i magazynach. Ogłoszono też dwudniowe ultimatum dla uczestników rozruchów, nakazując im oddać się w ręce służb bezpieczeństwa. Blokada informacyjna była już tak szczelna, że doniesienia o kolejnych protestach - na przykład w Kanlho (chiń. Gannan), w Gansu, w Dału (chiń. Daofu), w Sichuanie oraz, krwawo stłumionym, w Labrangu - przekazywała niemal wyłącznie Oser (chiń. Weise), mieszkająca w Pekinie najsłynniejsza poetka Tybetu.

Następnego dnia, wracając do języka rewolucji kulturalnej, Pekin ogłosił „wojnę ludową z wpływami kliki dalaja", a przez Amdo i Kham przetoczyła się fala masowych demonstracji: najwięcej ofiar, od kilkunastu do 30, było w okręgu Ngaba (chiń. Aba) prowincji Sichuan.

Doniesienia o blisko stu pięćdziesięciu bliźniaczo podobnych protestach - marszach duchownych i świeckich z zakazanymi flagami i portretami Dalajlamy, obrzucaniu kamieniami budynków rządowych, zrywaniu chińskich sztandarów, strzelaniu na oślep do demonstrantów, brutalnym biciu, drastycznych środkach prewencyjnych, listach gończych, masowych zatrzymaniach, setkach „zaginionych", torturach, samobójstwach, głodzie w otoczonych kordonami świątyniach czy dzielnicach, odbieraniu krewnym zwłok zabitych, czystkach urzędników tybetańskich, odwetowych kampaniach reedukacyjnych oraz dyskryminacji i nękaniu przez Hanów - napływały z całego etnicznego Tybetu (a nawet szkół w Chinach właściwych, gdzie demonstrowali tybetańscy uczniowie) nieprzerwanie, dzień po dniu, do połowy kwietnia. Ostatnie, najbardziej rozpaczliwe manifestacje, były już tylko jednoosobowe, niemniej strzelano i do samotnych mniszek w Kardze. Władze chińskie nie tylko nie wyciągnęły jedynego racjonalnego wniosku - konieczności uznania apeli Dalajlamy o faktyczną autonomię i zuniformizowaną administrację dla wszystkich ziem tybetańskich tudzież rewizji polityki „chwytania oburącz", której owoce właśnie zbierały - lecz wciąż nakręcały spiralę represji: w najbardziej niespokojnych regionach liczba żołnierzy i funkcjonariuszy policji zrównała się niemal z wielkością populacji tybetańskiej. Co więcej, machina propagandowa, posługując się zdjęciami z „incydentu 14 marca", fabrykując absurdalne doniesienia o konfiskowaniu broni (czytaj: przedmiotów rytualnych lub wotów skruszonych kłusowników) w klasztorach buddyjskich czy celebrując oburzenie protestami na trasie konwojowanego przez świat niczym groźny bandyta znicza olimpijskiego, konsekwentnie podsycała antytybetańskie nastroje Hanów i ksenofobię fenqing, „młodych gniewnych" nacjonalistów, nawołujących do krwawej rozprawy z „niewdzięcznymi barbarzyńcami". Z drugiej strony, szowinistyczna nagonka skłoniła bardzo wielu chińskich dysydentów i intelektualistów do zabrania głosu w obronie Tybetańczyków oraz umiarkowanych postulatów ich przywódcy (kilkudziesięciu adwokatom, którzy zadeklarowali gotowość reprezentowania oskarżonych, grożono utratą odnawianych co rok licencji).

Według podających sprzeczne dane chińskich mediów zatrzymano ponad sześć tysięcy Tybetańczyków (przy około 130 znanych więźniach politycznych w 2007 roku). Władze oficjalnie przyznały się do tylko jednej tybetańskiej ofiary (diaspora informowała o ponad dwustu): zastrzelonego pod koniec kwietnia „powstańca", który miał wcześniej zabić oficera policji w Darlagu (chiń. Dari), w Gologu (chiń. Guoluo). Setki mnichów lhaskich klasztorów potajemnie wywieziono do ośrodków internowania w Qinghai. Do końca igrzysk olimpijskich Tybet pozostał gigantycznym więzieniem, które można było opuścić jedynie na podstawie spec-przepustki (bez żadnej zresztą gwarancji znalezienia miejsca w hotelu w Chinach właściwych, gdzie formalnie zakazano meldowania Tybetańczyków i Ujgurów). Sieć legitymujących co krok blokad, posterunków i patroli zaciśnięto tak ciasno, że po marcu z kraju udało się wydostać ledwie garstce uchodźców. Nad wieloma wschodnimi regionami unosiło się widmo głodu, gdyż w porze zasiewów pola leżały odłogiem, ponieważ większość chłopów uciekła przed prześladowaniami w góry lub do lasów.

Pierwsze wyroki za udział w lhaskich protestach zapadły już pod koniec kwietnia: 17 Tybetańczyków skazano wtedy na kary od trzech lat do dożywotniego więzienia. Wszystko wskazuje na to, że jak zawsze w takich okolicznościach, oskarżonym odmówiono prawa do uczciwego procesu i skutecznej obrony. Tradycyjnie też władze chińskie bardzo powściągliwie informowały o jakichkolwiek szczegółach, takich jak choćby dane skazanych - jeden z nielicznych wyjątków, najprawdopodobniej w celu zastraszenia potencjalnych naśladowców, zrobiono w listopadzie dla Łangdu (dożywocie) i sześciu innych pracowników organizacji pozarządowych, których ukarano wyłącznie za „przekazywanie informacji", między innymi „klice dalaja".

W najbardziej dramatycznym roku ostatnich trzech dekad - w którym „wolny świat" miał dla Tybetańczyków wyłącznie zwyczajowe, symboliczne apele, czyli puste gesty, prawdopodobnie upewniające tylko przywódców w Pekinie o słuszności i opłacalności polityki twardej ręki - wysłannicy Dalajlamy spotykali się z przedstawicielami władz chińskich trzykrotnie. W maju, w trybie nadzwyczajnym, mówiono o kryzysie (bez żadnych wymiernych rezultatów), umawiając się jednak na kontynuowanie formalnych kontaktów. W lipcu, podczas siódmej rundy rozmów, Tybetańczycy oświadczyli, że „bez poważnego i szczerego oddania drugiej strony kontynuowanie procesu dialogu niczemu nie służy", ale też zostali poproszeni o przedstawienie na piśmie swoich postulatów, co uczynili w listopadzie. Władze chińskie kategorycznie odrzuciły ich „Memorandum w sprawie autonomii narodu tybetańskiego" - składające się wyłącznie z odwołań do postanowień konstytucji ChRL i odpowiednich ustaw - jako próbę uzyskania „niepodległości" czy „półniepodległości". Zapowiadający pełne wycofanie się z życia politycznego Dalajlama, który uznał dialog za martwy, w trybie konstytucyjnym zwołał Nadzwyczajne Zgromadzenie elit diaspory, oddając głos najwyższemu suwerenowi. Delegaci, którym przekazano także tysiące opinii z samego Tybetu, opowiedzieli się w listopadzie za kontynuacją polityki Drogi Środka i niezmiennym przewodnictwem Dalajlamy.

Przyszłość nie wróży jednak dobrze: przed rokiem newralgicznych, okrągłych rocznic - choćby proklamowania ChRL, narodowego powstania i stanu wojennego w Tybecie, masakry w Pekinie czy Nobla Dalajlamy - władze chińskie trwają przy polityce twardej ręki, czy raczej „obu rąk", odpowiedzialnych obok ścisłej kontroli policyjnej za napędzany rządowymi subwencjami szybki rozwój gospodarczy, i zapowiadają budowę nowych linii kolejowych oraz kontynuację urbanizacji (według oficjalnych danych w 2008 roku do „murowanych domów" przesiedlono kolejne 312 tysięcy chłopów i koczowników z TRA), co jak do tej pory pogłębiało tylko - stojące za tegorocznymi protestami - marginalizację i rozgoryczenie rdzennej ludności Tybetu.


 

Polska

W lutym w Sejmie VI kadencji zarejestrowano kolejny Zespół do spraw Tybetu, na czele którego stanęła ponownie posłanka Beata Bublewicz.

W czasie wiosennego kryzysu, podobnie jak w innych państwach demokratycznych, apele o przywrócenie spokoju w Tybecie i protesty przeciwko brutalnym represjom władz chińskich wystosowali między innymi członkowie Zespołu, prezydent RP i MSZ, a marszałek senatu Bogdan Borusewicz na znak solidarności zaprosił do Polski Dalajlamę. Do trzeciej wizyty owacyjnie witanego przywódcy Tybetańczyków doszło w grudniu: w czasie obchodów rocznicy przyznania Lechowi Wałęsie Pokojowej Nagrody Nobla Jego Świątobliwość spotkał się z premierem Donaldem Tuskiem i prezydentem Nicolasem Sarkozym, w Krakowie odebrał doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a we Wrocławiu honorowe obywatelstwo miasta. W Warszawie przyjęli go marszałkowie obu izb, władze stolicy oraz - co podkreślano, prywatnie - prezydent Lech Kaczyński.

Wszystkie te gesty były wymowne i potrzebne, niemniej nie szły za nimi żadne działania na płaszczyźnie wykonawczej, które mogłyby skłonić przywódców ChRL do zmiany polityki w Tybecie. Gorzej, na przykład premier, który nie wziął udziału w ceremonii otwarcia pekińskich igrzysk, przekreślił ten gest w czasie późniejszej wizyty w Chinach, wygłaszając tam zdumiewającą pochwałę podwójnych standardów praw człowieka.

Unia Europejska, wyprzedzając USA, jest największym partnerem ChRL. W sytuacji, w której poszczególne państwa europejskie nie potrafią lub nie chcą zdobyć się na prowadzenie dalekowzrocznej, konstruktywnej polityki wobec Chin, która wzmacniałaby obóz reformatorski, a nie partyjnych twardogłowych, najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie, wzorem administracji Stanów Zjednoczonych, Specjalnego Koordynatora do spraw Tybetu przy Radzie Europejskiej. O tym, jak nieskuteczna i nieopłacalna jest polityka ugłaskiwania przywódców KPCh, najlepiej świadczy przykład prezydenta Francji, który zapłacił - bezprecedensowym - zerwaniem szczytu UE-Chiny za roczne kluczenie w sprawie obecności na igrzyskach oraz próby przypodobania się to własnej opinii publicznej, to znów Pekinowi.
źródło:
http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/raport.php?raport_id=824


2009-01-14 03:28:53 skomentuj (0)


ODDAJCIE MI SWOJE DZIECI. 12 WRZEŚNIA 1943. CZYTANIE Z RUMKOWSKIEGO

Ponury podmuch uderzył getto. Żądają od nas abyśmy zrezygnowali z tego co mamy najlepszego – naszych dzieci i Starszych. Nie mogłem mieć własnych dzieci, więc oddałem swoje najlepsze lata dzieciom. Żyłem i oddychałem z dziećmi, nigdy nie wyobrażałem sobie, że będę musiał uczynić tę ofiarę na ołtarzu własnymi dłońmi. W moim wieku, muszę rozłożyć ręce i błagać: Bracia i siostry! Oddajcie mi je! Ojcowie i matki –dajcie mi swoje dzieci!

Miałem przeczucie, że coś się szykuje za naszymi plecami. Antycypowałem coś i zawsze byłem jak strażnik – na służbie aby temu czemuś zapobiegać. Ale to było nieskuteczne ponieważ nie wiedziałem co nam zagraża. Wzięcie chorych ze szpitali zaskoczyło mnie zupełnie. I daję wam najlepszy dowód tego: miałem tam swoich najbliższych i najdroższych i nie mogłem nic dla nich zrobić!

Myślałem, że to będzie koniec tego wszystkiego, że po tym, zostawią nas w spokoju, spokoju za którym tak tęskniłem, dla którego zawsze pracowałem, który był moim celem. Ale coś innego było nam przeznaczone. Taki jest los Żydów – zawsze więcej cierpienia i zawsze coraz trudniejszego do zniesienia cierpienia, szczególnie w czasie wojny.

Wczoraj popołudniu dali mi rozkaz wysłania więcej niż 20.000 Żydów poza getto a jeśli nie „My to zrobimy”. Pytanie jakie powstało to czy powinniśmy to wziąć na siebie, zrobić to sami, czy zostawić to innym do zrobienia?” Więc , my – to znaczy Ja i moi najbliżsi współpracownicy pomyśleliśmy najpierw nie o tym ilu zniknie ale jak wielu jest możliwe ocalić. I doszliśmy do konkluzji, że jakby nie było to dla nas trudne, powinniśmy wcielić ten rozkaz w życie własnymi rękami.

Muszę przygotować tę trudną i krwawą operację, muszę odciąć gałęzie aby ocalić pień. Muszę zabrać dzieci, ponieważ jeżeli tego nie zrobię, inni mogą być także zabrani – Broń boże.

Nie mam dla Was dzisiaj , żadnego pocieszenia. Ani nie życzę sobie aby was uspokoić. Musze przyjąć na siebie całą złość i ból. Przyszedłem do was jak złoczyńca zabrać wam to, co jest hołubicie najbardziej w waszych sercach.
Próbowałem, używając wszystkich możliwości aby ten rozkaz został odwołany. Próbowałem ale kiedy okazało się to niemożliwe – złagodzić rozkaz. Jeszcze wczoraj dostarczyłem listę dzieci w wieku 9 lat i chciałem ocalić chociażby tą jedną grupę wiekową dziewięciu i dziesięciolatków. Ale nie miałem pewności co do ustępstw i tylko w jednym punkcie odniosłem sukces, w ocaleniu dzieci powyżej dziesiątego roku życia. Niech to będzie pocieszeniem w naszej głębokiej żałobie.

Jest w getcie wielu pacjentów, którzy oczekuję że przeżyją najwyżej kilka dni więcej, może kilka tygodni. Nie wiem czy ten pomysł jest szatański czy nie, ale muszę powiedzieć to: „Oddajcie mi chorych. W ich miejsce możemy ocalić zdrowych”

Wiem jak drodzy są chorzy w każdej rodzinie a szczególnie dla Żydów. Jednakże kiedy czynione są okrutne żądania, ktoś musi zważyć i zmierzyć: kogo się powinno, można i da ocalić? I zdrowy rozsądek mówi, że trzeba ocalić tych których da się ocalić i tych którzy mają szansę na ratunek a nie tych, których nie dałoby się ocalić w żadnym razie…

Przypominam wam, że żyjemy w getcie. Żyjemy wśród takich ograniczeń, że nie mamy nawet dla zdrowych a co dopiero dla chorych. Każdy z nas karmi chorych płacąc własnym zdrowiem, oddajemy nasz chleb chorym. Dajemy im nasze skromne racje cukru, nasz niewielki kawałek mięsa. I jaki jest rezultat? To nie jest dość żeby wyleczyć chorego i sami popadamy w chorobę. Oczywiście takie poświęcenia są najpiękniejsze i szlachetne. Jednakże są czasy które kiedy trzeba wybrać, poświęcić chorych którzy nie maja najmniejszej szansy na wydobrzenie i także czynią innych chorymi, czy ratować zdrowych.

Nie mogę rozważać tego problemu zbyt długo, ja go rozwiązują na korzyść zdrowych. W tym duchu dałem odpowiednie instrukcje lekarzom i oczekuję od nich aby dostarczyli niewyleczalnych pacjentów, dzięki czemu zdrowi którzy chcą i są zdolni do życia będą ocaleni w miejsce chorych.

Rozumiem was, matki, widzę wasze łzy. I tak samo czuję co wy czujecie w waszych sercach wy, ojcowie, którzy musicie wstawać do pracy wna nastepny dzień po tym, kiedy wasze dzieci będą wam zabrane, kiedy jeszcze wczoraj bawiliście ze swoimi drogimi maluchami. To wszystko wiem i czuję. Od czwartej popołudniu wczoraj, kiedy pierwszy raz dowiedziałem się o rozkazie jestem zupełnie zdruzgotany. Dzielę wasz ból. Cierpię z powodu waszej boleści i nie wiem jak to przeżyję – ale muszę znaleźć siły aby to uczynić.

Wyjawię wam tajemnicę. Oni zażądali 24.000 ofiar, po 3.000 na każdy z ośmiu dni. I wygrałem redukcję liczby do 20.000 ale tylko na warunkach, że będą to dzieci do 10 lat. Dziesięciolatki i starsze są bezpieczne! Jednak dzieci i starsi to tylko około 13.000 dusz, więc różnicę musimy wyrównać chorymi. Ledwo mogę mówić. Jestem wykończony. Chcę wam tylko powiedzieć o co was proszę – pomóżcie mi przeprowadzić te akcję. Drżę i obawiam się, że inni – Bo…że broń, mogą to zrobić sami. Złamany Żyd stoi przed wami. Nie zazdrośćcie mi. To jest najtrudniejszy ze wszystkich rozkazów jaki musiałem kiedykolwiek wydać. Wyciąga do was moje złamane, trzęsące się ręce i błagam: dajcie tym rękom ofiary! Tylko tak możemy zapobiec przyszłym cierpieniom i zbiorowość 100.000 Żydów może być zachowana. Obiecali mi, że jeżeli dostarczymy ofiary naszymi rękoma, będzie pokój!

[krzyki z tłumu o innych możliwościach, niektórzy mówią „Nie damy dzieciom iść saotnie – wszyscy pójdziemy!!!” i temu podobne]

To są puste słowa! Nie mam siły się z Wami kłócić! Jeżeli władze tutaj przybędą nikt z was nie będzie krzyczał! Rozumiem co to znaczy oderwać część ciała. Wczoraj błagałem na kolanach ale to nie pomogło. Wy, przybyli w małych wiosek z żydowskimi społecznościami liczącymi 7.000 czy 8.000 czy ledwo 1.000 – co jest lepsze? Czego chcecie? Żeby 80 czy 90.000 Żydów pozostało czy – Boże broń – żeby cała populacja była unicestwiona?

Możecie to cenić tak, jak chcecie, moja rola to zachować pozostałych Żydów. Nie mówię do gorących głów. Mówię do waszego rozsądku i sumienia. Robiłem wszystko i nadal będę robił wszystko co jest możliwe żeby trzymać przemoc z dala od ulicy i rozlewu krwi. Rozkaz nie może być niewykonany, może być tylko zredukowany.

Trzeba mieć serce złoczyńcy by prosić o to, o co proszę. Ale spróbujcie postawić się w moim miejscu i dojsc do konkluzji do jakiej doszedłem w jakikolwiek inny sposób. Część która może być ocalona jest o wiele większa niż ta, która musi być oddana!


2008-09-14 01:22:56 skomentuj (0)


DOBRE MOTTO

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem komunistą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem.
Kiedy przyszli po katolików, nie protestowałem. Nie byłem katolikiem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

Pastor Martin Niemöller, 1942, Dachau.


2008-08-08 00:20:39 skomentuj (0)


1 SIERPNIA. KIRSCHBAUM PYTA O TANK MANA.
Kirschbaum ma problem, od czasu kiedy zaangażował się w serwis pekin2008.dt.pl oraz kilka innych inicjatyw. Wszystko się  kojarzyNa przykład to:

Nie wiem co słynny Tank man, bezimienny Chińczyk, miał w torbie, nie wiemy czy przeżył, jak miał na imię i jakie są jego dalsze losy po 4 czerwca 1989 a ściślej po poranku 5 czerwca. "Sunday MIrror" taki tabloid z Brytanii twierdził że ten człowiek nazywał się Wang Weilin (王维林),  ale nie miał na to żądnych dowodów. Inne źródła mówiły o rozstrzelaniu tego człowieka 14 dni lub nieco później po sfingowanym procesie. Niektórzy przytaczają słowa, które jakoby miał słyszeć  kierowca czołgu. "Zawracajcie, przsestańcie zabijać moich ludzi",  "To moje miasto - wynoście się stąd". Magazyn "Life" wskazuje na to zdjęcie jako jedno ze 100 najważniejzych w dziejach świata, "Time" wymienia Tank Mana wśród 100 najważniejszych postaci które zmieniły dzieje. Na tydzień przed otwarciem olimpiady Kirschbaum ma prawo zapytać, nie zapominając o hołdzie - co takiego zmienił Tank Man? W dniu 64 rocznicy Powstania Warszawskiego, na 7 dni przed olimpiadą - Kirschbaum pyta - co takiego zmienił nank Man, zmawiając  kadisz, wieczny odpoczynek, bardo - jak tam chcecie.

2008-08-01 15:32:00 skomentuj (2)


FREEDOM FOR DACHAU
29 kwietnia 1945 roku czołowe elementy 42 i 45 Dywizji Piechoty US Army doatrły do KL Dachau. W Dachau i jego podobozach przebywało wówczas około 67000 więźniów poprzesuwanych tutaj z innych obozów w ramach "Marszów Smierci". 
W tym na terenie samego obozu głównego przewidzianego na 5.000 więźniów przebywało ich około 30.000. Niektórzy badacze twierdzą, że załoga SS szykowała się tego dnia na wieczór do zupełnej likiwdacji więźniów poprzez roztsrzelanie, podpalanie baraków iwrzucanie do ich wnętrza granatów ręcznych. Sam obóz był obsadzony przez kilkudziesięciu SS-,manów z oddziałów "Totenkopf" zas w bezpośredniej bliskości obozu znajodwał sie obóz treningowy Waffen-SS gdzie zgromadziło się około 1500 żołnierzy różnych formacji SS w tym kilkudziesięciu Węgrów.
Kapitualcja obozu dokonała się w rejonie bramy głównej, od strony południowozachodniej, gdzie obóz poddał Heinrich Winckler. 3 batalion 157 Pułku Piechoty 45 Dywizji pod dowództwem majora Felixa Sparksa posuwał sie wzdłuz linii kolejowej od innej strony i niewiele wiedział o topografii obozu. Na jednej z bocznic kolejowych patrol żołnierzy Sparksa trafił na opuszczony pociąg pełen trupów. Był to spóźniony transport więźniów z Buchenwaldu. Ten widok zapewne wstrząsnął żołnierzai majora Sparksa.

[żołnierze majora Sparksa przy "pociągu śmierci"]
Nerwy puściły amerykańskim żołnierzom gdy zbliżyli się do samego obozu. Na wieżach strażniczych powiewały białe flagi, załogi wież stały bez broni w oknach, za ogrodzeniem widać było żołnierzy z 42 Dywizji, którzy wkroczyli juz do Dachau z innej strony. Żołnierze 1 kompanii 3 batalionu prowadzonej przez porucznika Williama Walsha w niewyjaśnionych okolicznościach "zestrzelili" 6 strażników z wieży "B" obozu.




Ciała zabitych strażników wyłowiono potem z wody w zachodniej częsci obozu. Tymczasem kompania Walsha wkroczyła do obozu treningowego SS i zgrupowała wszystkich wziętych do niewoli
SS-manów na tyłach obozu, pod betonowym parkanem, nieopodal szpitala. Podobno do strzelaniny z dwóch karabinów maszynowych
doszło przypadkiem, jeńcy wpadli w panikę na widok dwóch wycelowanych w nich karabinów maszynowych. Byc może do pierwszego wystrzału doszło przypadkiem. Sledztwo z czerwca 1945 roku nie ustaliło tego dokładnie. Wiadomo, że 
strzelano do momentu pojawienia się majora Feliksa Sparksa.



Nie wiadomo też ilu jeńców zastrzelili żołnierze czołówki 45 Dywizji. Publikacje wahają się między liczba kilkuset a klikadziesiąt osób.
Z widocznych na zdjęciu wału ciał wielu przeżyło udając martwych, wielu było rannych. Major Sparks ocenia liczbe zabitych tego dnia Niemców na terenie obozu na 50 osób. Lekarz 45 Dywizji Buechner wskazuje na liczbę zabitych 346. Niektórzy badacze do tych liczb dodają około 40 zabitych strażników w ramach aktów zemsty ze strony więźniów, którym Amerykanie wydali broń. Wiadomo, że wielu z załogi SS i zebranych w Ubunglager-SS było pobitych na śmierć przez więźniów.
Wiadomo też, żę w Mathausen wyzwolonym 5 maja przez 11 Amerykańską Dywizje Pancerną około 30 strażników obozu zostało również zabitych przez więźniów.


[major Feliks Sparks strzałem w powietrze i zdecydowanym gestem zatrzymuje egzekucję załogi SS]


2008-02-04 23:39:34 skomentuj (3)


DRUGA STRONA MEDALU
Być może dlatego prawie nikomu nie przeszkadza to, że Chiny, którym w obecnej postaci daleko do ideału demokratycznego państwa prawa, zostały organizatorem igrzysk olimpijskich, igrzysk pokoju. Być może nikomu nie przeszkadza liczba osób rozstrzeliwanych w ramach publicznych egzekucji na stadionach, nie wadzi współczesnemu światu milczenie na placu Tian An Men, mrok skrywający Tybet, prześladowania katolików i muzułmanów, przytłaczająca bieda chińskiej prowincji i kontrast tych obrazów do nieskrywanej propagandy sukcesu uprawianej przez komunistycznych kacyków z Pekinu. Nam – trochę przeszkadza.

Można by się zżymać na tę okoliczność bez końca, wyszliśmy jednak z założenia, że olimpiada stanowi niepowtarzalną okazję, by powiedzieć i dowiedzieć się czegoś więcej o Chinach i o tym, jak naprawdę wygląda życie w ChRL. Nie ma co ukrywać - nasze zainteresowanie Chinami wynika głównie z naszej wrażliwości na prawa człowieka. Każdy ma swoją obsesję, dla piszącego te słowa obsesją tą jest idea wolnego Tybetu. Wolnego, czyli takiego, w którym za kultywowanie tradycji i religii nie trafia się do więzienia. Przynajmniej takiego. Nie ulega jednak wątpliwości, że Wolny Tybet może się ziścić tylko wtedy, gdy wolne będą Chiny.

Jest nas na razie kilkoro. Jesteśmy w znacznej mierze przypadkowymi osobami, ale chcemy umożliwić przepływ informacji, które nas i innych uwolnią w jakimś stopniu od okazjonalności działań i przygodności opinii. Żeby przeciwdziałać naruszeniom Praw Człowieka, najpierw trzeba mieć rzetelne, sprawdzone, mocne informacje, zaś samo podawanie owych faktów do publicznej wiadomości czyni zazwyczaj już wiele.

więcej - na właśnie otwartym serwisie:

http://www.pekin2008.dt.pl/


2008-01-03 03:41:53 skomentuj (0)


GDZIE LEŻY CALEK PERECHODNIK?
Calel Perechodnik prawie na pewno przeżył Powstanie Warszawskie. Pod którym domem, sklepem w Warszawie leży dzisiaj Calek Perechodnik?

„Ob. Pejsach Perechodnik

List wasz z dnia 10 bm. Otrzymałem. Niestety mogę wam tylko donieść o utracie waszego brata a mego dobrego przyjaciela, kolegi Calka. Zginął po kapitulacji Powstania w Warszawie będąc w bunkrze. On był razem z grupą 22 osób. Zostali oni wykryci przez szabrowników, którzy szukali z Niemcami.
Kolega mój, jedyny, który się uratował z całej grupy, przypadkowo w nocy grupę z naszego bunkru spotkał i zabraliśmy go do nas. Jak on mi opowiadał, to wszyscy z bunkru wyszli na żądanie tych bandytów. Calek będąc po chorobie, nie mógł wyjść i zginął w bunkrze, czyli został prawie spalony, wszyscy co powychodzili zostali rozstrzelani na miejscu.
Ja dowiadując się nazajutrz po tragicznym wypadku poszedłem na miejsce tragicznego wypadku i pochowałem zwłoki mego serdecznego, dobrego przyjaciela, którego starałem się podczas Powstania wszelkimi siłami ratować.
Na pewno wam wiadomo, że był on chloryna tyfus i żył w ciężkich warunkach materialnych. Co było w mojej mocy to robiłem, w tak ciężkich warunkach sprowadziłem do niego lekarza.
Niestety należy do tych wszystkich co my straciliśmy.
Drogi Przyjacielu! Co do miejsca wypadku i gdzie pochowany nie jestem w stanie podać wam adresu. Ja prawdopodobnie będę w najbliższym czasie w Warszawie. O ile warunki nam pozwalają, to moglibyśmy się umówić albo spotkać w Warszawie, pokazałbym wam to miejsce. Wazie wam to jest niemożliwe, to ja będąc w Warszawie ustalę sam dokładnie miejsce wypadku i wam odpiszę.
Oczekuje na odpowiedź
Z szacunkiem
Henryk Romanowski”


Calel Perechodnik 19 sierpnia 1942 w czasie likwidacji getta w Otwocku sam odprowadził na plac wywózki swoją żonę i córeczkę i patrzył jak Niemcy pakują je do wagonów które będą jechały do Treblinki. Kończąc swój pamiętnik pisał do nieżyjącej żony:

„Kończę już Aneczko, wszystko ci opowiedziałem. Wiesz, że zostaniesz krwawo pomszczona. Wiesz że zemsta już się rozpoczęła, że codzienne naloty na Niemcy pociągają za sobą śmierć niezliczonych kobiet i dzieci. To jest kropla w morzu krwi, która zostanie przelana, aby pomścić Ciebie i miliony niewinnych kobiet i dzieci żydowskich, które padły z rąk niemieckich barbarzyńców.”

I jeszcze to na zakończenie epilogu:
„O jedno tylko proszę: wykonajcie wiernie mój testament zemsty i wspomnijcie czasami świetlaną postać mej żony Anki i anielski obraz mej córeczki Atalii. Cóz one zawiniły, że padły ofiarą niemieckiego sadyzmu, cóż one zawiniły, że padły ofiarą żydowskiego tchórzostwa?”

2007-10-03 21:04:26 skomentuj (3)


SANITARIUSZKA, JAKA GITARA DZIEWUSZKA.
Hej! chłopcy, bagnet na broń!
Długa droga, daleka, przed nami,
Mocne serce, a w ręku karabin,
Granaty w dłoniach i bagnet na broni!

Jasny świt się roztoczy,
Wiatr owieje nam oczy
I odetchnąć da płucom, i rozgorzeć da krwi,
I piosenkę, jak tęczę, nad nami roztoczy
W równym rytmie marsza: raz! dwa! trzy!

Hej! chłopcy, bagnet na broń!
Długa droga, daleka, przed nami trud i znój,
Po zwycięstwo my, młodzi, idziemy na bój,
Granaty w dłoniach i bagnet na broni!

Ciemna noc się nad nami roziskrzyła gwiazdami,
Jasne wstęgi dróg w pyle,
Długie noce i dni,
Młoda Polska, zwycięska, jest w nas i przed nami,
W równym rytmie marsza: raz! dwa! trzy!

Hej! chłopcy, bagnet na broń!
Bo kto wie, czy to jutro, pojutrze, czy dziś,
Przyjdzie rozkaz, że już, że już trzeba nam iść
Granaty w dłoniach i bagnet na broni!



fot. www.requiem44.blog.onet.pl

Krytsyna Krahelska - autorka słynnej piosenki „Hej chłopcy, bagnet na broń” urodziła się 24 marca 1914 w Mazurkach, powiat Baranowicze, córka Jana [inżyniera, późniejszego oficera WP, starosty i wojewody poleskiego] i Janiny Bury, biologa, bratanica Wandy Krahelskiej-Filipwiczowej, uczestniczki zamachu na generał-gubernatora Skałona. Od 1928 członkini ZHP, w latach 1929-1932 prowadziła gromadę zuchów. W 1931 uczestniczyła w składzie delegacji polskiej w Zlocie Skautów Słowiańskich w Pradze. Od października 1932 studiowała geografię, a następnie etnografię na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1936-37 pozowała Ludwice Nitschowej, autorce pomnika warszawskiej Syreny . W maju 1939 otrzymała dyplom magistra.
W czasie okupacji mieszkała w Warszawie, od 1940 w Pieszej Woli [Pieszowoli?] koło Włodawy, potem w Puławach [pracowała jako laborantka w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego], od 1942 znów w Warszawie. W kwietniu 1943 przeniosła się do Włodawy, gdzie razem z matką opiekowała się ciężko pobitym w czasie bandyckiego napadu i leczonym w szpitalu ojcem, a następnie podjęła w tym szpitalu pracę sanitariuszki. W marcu 1944 przeniosła się w ślad za rodzicami do Krakowa, a w lipcu tego roku wróciła do Warszawy.
W Powstaniu Warszawskim sanitariuszka 1108. w 3. szwadronie 1. dywizjonu "Jeleń" 7. p.uł. Lubelskich AK pod pseudonimem "Danuta". Koncentracja jej plutonu [44 ludzi] odbyła się w lokalu przy ul. Polnej 46. O godz. 17:00 sekcje: 1. pod dowództwem kpr. "Zygmuntowskiego" [Zygmunt Gebethner] i 2. kpr. "Korczyca" [Leszek Krahelski] ruszyły pod murami ul. Polnej do szturmu na Dom Prasy przy ul. Marszałkowskiej 3/5. Trzy sanitariuszki - wśród nich "Danuta" - znajdowały się przy II drużynie, która zajęła stanowiska na Polu Mokotowskim. Po krótkiej walce sekcje 1. i 2. zostały odrzucone spod Domu Prasy. Powstańcy wycofały się na Pole Mokotowskie. Tam, wśród słoneczników, "Danuta" opatrzyła rannego kpr. "Zygmuntowskiego", którego pod ostrzałem odprowadziła na punkt sanitarny ulokowany w pobliskiej cukierni Lardellego. Gdy ranny był już bezpieczny ponownie wróciła na Pole Mokotowskie, przebiegając przez obłożoną ogniem ul. Polną. Tam natknęła się jeszcze na postrzelonego w płuco ppor. "Mistrza" [Władysław Koch]. Odciągnęła go w bezpieczne miejsce pod wiatę na działkach, po czym raz jeszcze zawróciła, by dołączyć do rozsypanego na wysokości Lardellego plutonu. I wtedy otrzymała trzy postrzały w pierś. Strzelano z dachu budynku Komendy Straży Ogniowej. Do leżącej na brzuchu podczołgała się sanitariuszka "Jagienka" [Janina Krassowska], gdzieś obok znalazł się kpr. "Wrzos" [Zbigniew Wrześniowski].
Wspomina "Jagienka":
"Chcieliśmy opatrzyć ją na miejscu z »Wrzosem«. Leżąc przy niej udało nam się ją obrócić. Strzelano do nas. Świadoma niebezpieczeństwa, jakie nam grozi, »Danuta« mówiła: »Odejdźcie, odsuńcie się, zostawcie mnie«. Chcieliśmy podciągnąć ją bodaj pod osłonę rosnących w pobliżu słoneczników. »Wrzos« uniósł się na łokciu i dostał kulę w ucho. Zginął na miejscu."Dopiero gdy się ściemniło, z Pola podniósł "Danutę" patrol sanitarny. Nieprzytomną przeniesiono do cukierni Lardellego. Operowana tuż przed północą, zmarła 2 sierpnia 1944 o czwartej nad ranem. Pośmiertnie odznaczona Krzyżem Walecznych.


2007-08-04 00:19:00 skomentuj (0)


ZBUDOWALI BARYKADĘ

fot. Zygmunt Walkowski


ANNA ŚWIRSZCZYŃSKA

BUDUJĄC BARYKADĘ


Baliśmy się budując pod ostrzałem
barykadę

Knajpiarz, kochanka jubilera, fryzjer,
wszystko tchórze.
Upadła na ziemię służąca
dźwigając kamień z bruku, baliśmy się bardzo,
wszystko tchórze -
dozorca, straganiarka, emeryt.

Upadł na ziemię aptekarz
wlokąc drzwi od ubikacji,
baliśmy się jeszcze bardziej, szmuglerka,
krawcowa, tramwajarz,
wszystko tchórze.

Upadł chłopak z poprawczaka
wlokąc worek z piaskiem,
więc baliśmy się
naprawdę.

Choć nikt nas nie zmuszał,
zbudowaliśmy barykadę
pod ostrzałem.



2007-07-31 20:13:44 skomentuj (2)


ZA SZKLANKĘ WODY.
MARIA KOBIERSKA
Puławy

„W 1942, czy tez 1943, juz dobrze sobie nie przypominam, wiem, że to w tych latach, przy końcu miesiąca listopada wielkim sznurem ok. 200, a może i więcej furmanek wiozło ludzi przez Puławy i nie wiem, dla jakich powodów i przyczyn, sznur ten wspomnianych furmanek zatrzymał się na ul. Zielonej, obok domu mego wujka, Jana Madeja, będącego właścicielem tegoż domu, a u którego to wujka ja zamieszkiwałam.
W tym to czasie, kiedy furmanki zbliżyły się do naszego domu, służąca nasza, która była w ogrodzie, wpada i mówi: „Panienko, Żydów wiozą”. Wybiegłam na ogród, który przeciągał obok wspomnianej ul. Zielonej, i spostrzegłam że rzeczywiście ciągnęły się długim sznurem furmanki załadowane siedzącymi Żydami. Jechały całe rodziny, to jest matki tuliły do siebie swe dzieci a obok nich siedzieli mężczyźni Żydzi, już w nawet dość podstarzałym wieku, cichutko płacząc i ocierając łzy. Ja, schroniona w żywopłocie naszego parkanu ogrodowego, przysunęłam się jeszcze bliżej. Ogarnął mnie straszny żal, że za co, gdzie skąd i w jakim kierunku wiozą ich? Wtem starszy Żyd zauważył mnie i zaczął prosić: „Wody!” coraz głośniej, płacząc prosił: „Panienko, wody!”. Ogarnął mnie straszny lęk, ponieważ w domu mego wujka zakwaterowani byli Niemcy. Ogłoszenia zarządzające niemieckie zabraniające niesienia pomocy Żydom w Puławach były porozklejane na ulicach. A na każdej dziesiątej furmance siedział żandarm niemiecki.
Wówczas nasunęła mi się myśl: Przecież jestem katoliczką, której z samego obowiązku nieść pomóc bliźniemu”. Cichy płacz matek i ich drobnych dzieci formalnie dławił mnie. Obejrzałam się wokół siebie, spojrzałam na nasz dom, czy nie patrzą Niemcy, i wokół furmanek, że żandarm niemiecki odwrócony był w druga stronę. Pobiegłam do domu i w szybkim tempie nabrałam wody, i po cichutku, skradając się cienista alejką, przez nasz ogród wiodącą, podałam Żydowi wodę. I tak sprawa udawała się przez jakiś czas. […] Aż pewnego razu przyjechał starosta niemiecki z miasta Chełma Lubelskiego do Puław. Był on u swojej żony, która również miała kwaterę w domu naszego wujka. Wtem trzeba trafu, e w godzinach przedpołudniowych usłyszałam znów ogromny turkot furmanek i tupot koni. Nagle coś tam się stało, że furmanki na naszej ul. Zielonej musiały również się zatrzymać, docierając obok naszego domu. Żydzi mnie spostrzegli i zaczęli po cichu prosić wody, wołając: „Panienko, panienko, wody!”. Obejrzałam się wokół siebie, czy z domu naszego kto nie patrzy oraz na żandarmów, którzy cos między sobą obgadywali. Widząc, że nikt nie patrzy, podałam szybko wodę. Niestety! Nie zauważyłam, że ów przyjezdny Niemiec, który przyjechał z Chełma do swej zony, stał ukryty w oknie i obserwował mnie. Wszystko widział! Zaraz zatelefonował do tutejszego starosty puławskiego, gdzie przyszli żandarmi, aresztując mnie, i wywieźli do Lublina, do obozu który mieścił się przy ulicy Krochmalnej. Tam przechodziłam różne kwarantanny obozowe, oczyszczające, odkażające itp. Jedni mi mówili w obozie, że wywiozą mnie na ciężkie roboty w głąb Niemiec, drudzy zaś mówili, że czeka mnie kara śmierci. […] Podczas swego pobytu w obozie nabawiłam się na chorobę serca i nerek, która do dziś odczuwam. Od czasu wyzwolenia Polski pracuję jako wychowawczyni przedszkoli.”


Wszystko wskazuje na to, że Maria Kobierska pisała o jesieni 1942 roku, wtedy to likwidowano getta na terenie Lubelszczyzny transportując ich mieszkańców w kierunku Sobiboru. Kim byli Żydzi, którym Maria Kobierska podawała wodę?

2007-05-26 23:54:02 skomentuj (0)


NA ZEWNĄTRZ KLATKI.
Byłem oddzielony od getta murem. Tam wewnątrz uwięzieni byli ludzie, ale był to również akt obelżywy wobec mnie samego i innych czujących podobnie jak ja. Będąc na zewnątrz tych murów byłem mimowolnie ich nadzorcą, tak jak ten, który jest na zewnątrz klatki, i jeżeli jest zamknięta, staje się jej strażnikiem, mimo że nie przyczynia się ani do jej budowy, ani jej szczelności czy nieprzenikalności. Byłem ubezwłasnowolnionym widzem.

Jerzy Ficowski




fot. http://gilling.info


Kilka dni temu, dzień po dniu kolejnej rocznicy upadku powstania w warszawskim getcie, upłynęła pierwsza rocznica śmierci poety.

gdziekolwiek jesteś nie jesteś
sam po tamtej stronie murów


Darek Pado
2007-05-21 23:51:28 skomentuj (0)


631 BUNKRÓW WOLNOŚCI
Są dni, które zmieniają genetykę narodów. Układ stereotypów starego porządku spala się wtedy a każdy kolejny dzień tworzy nowego człowieka. Historia niczym szalona rzeka zmienia wtedy swój bieg, wpada w nowe koryto.

Już czwartego dnia po 19-tym kwietnia 1943 roku Mordechaj Anielewicz „Aniołek” – „dowódca ŻOB-u”, pisze: „Marzenia mego życia spełniło się. Żydowska samoobrona w ghetcie stała się faktem. Żydowski zbrojny opór i odwet urzeczywistnił się. Byłem świadkiem wspaniałej, heroicznej walki ...”.

Dnia następnego 24 kwietnia Juergen Stroop raportuje: „Często można zaobserwować, że Żydzi uciekający przed płomieniami woleli do ognia wrócić niż wpaść w nasze ręce.” W maju już tak pisze o „Grossaktion” : „Nie można już otworzyć żadnego bunkru, żeby Żydzi nie stawiali w nim oporu ...”. „Dziś schwytano znów wiele Żydówek, które miały ukryte w bieliźnie nabite i odbezpieczone pistolety”. „Gdy z jednego bunkra wydobyto już część załogi i miano ją poddać rewizji, jedna z kobiet błyskawicznie sięgnęła ręką pod spódnicę i jak to się już często zdarzało, wydobyła granat ręczny, odbezpieczyła go i rzuciła go pomierzy rewidujących ją żołnierzy ...”.

Przy zdobywaniu bunkrów Niemcy użyli bojowych gazów duszących. 8 maja wydusili bunkier dowództwa powstania przy ulicy Miłej 18. Polegli w nim komendant Anielewicz, oraz członkowie sztabu: Ch. Ankierman, L. Rotblat, A. Wilner i inni. Część podtrutych bojowników udało się uratować. Ogółem zniszczono 631 bunkrów.

Dnia 16 maja powstanie dobiega końca. O godzinie 20:15 wysadzono wielką synagogę. W gruzach „murów płaczu” pochowano 56.065 bojowników, bohaterów „nowego narodu”.

notatka przygotowana przez Darka Pado

2007-04-16 23:14:00 skomentuj (1)


PESACH W BRIEG. RADEK KIRSCHBAUM SZUKA BRACI.
Kirschbaum mieszka w Brzegu, d. Brieg, Vysooke Brega, Brega, Alta Ripa. W roku1787 miasto liczyło już 147 żydowskich współmieszkańców (= 0,3% ogólnej liczby mieszkańców). Fryderyk Wielki – na ogół w miarę tolerancyjny – nie był ze względów gospodarczych zbyt przychylnie nastawiony do Żydów. Żydzi mogli nabywać grunty. Z początku odbywało się to z reguły w ten sposób, że najpierw jakiś Chrześcijanin musiał użyczyć swojego nazwiska, by działać w imieniu Żyda jako kupiec. Kupować domy na własne nazwisko mogli jedynie Żydzi ze specjalnymi przywilejami, nabywając przez to automatycznie prawa obywatelskie, nawet wtedy, gdy – jak zdarzyło się to w Brzegu – 3 miesiące później dom taki miałby być sprzedany (ma się rozumieć z 15%-wym zyskiem!). Tym sposobem już w początkowym okresie postępującej emancypacji wiele śródmiejskich gruntów przeszło w ręce żydowskie.
W roku 1810 Brzeg liczył 377 domów i 7084 mieszkańców, w tym 305 (4,3%) Żydów. W latach 1811/12 - większa liczba Żydów otrzymała prawa obywatelskie. Mogli dzięki temu od zaraz pełnić urzędy akademickie, szkolne, nauczycielskie i gminne (administracyjne), nabywać bez ograniczeń ziemię, posiadali wolność wyboru miejsca osiedlenia i musieli przyjąć nazwisko. W roku1882 - Brzeg liczył (zapis umieszczony w gałce południowej wieży kościoła św. Mikołaja) 9.499 mieszkańców, w tym 6.559 ewangelików, 2.514 katolików i 426 żydowskich współobywateli.
W roku 1938 brzeska gmina żydowska liczyła już tylko 160 członków. 60 mężczyzn i 9 kobiet pracowało zarobkowo, w tym 37 kupców, 9 urzędników, 4 handlowców, po 3 handlarzy koni i bydła, restauratorzy i sprzedawcy, po 2 handlarzy tekstylnych i maklerów. Po wprowadzeniu zakazu przystępowania do egzaminu dojrzałości Żydzi nie mogli w ogóle wstępować na wyższe uczelnie. Początkowo żydowskich nauczycieli i urzędników pozostawiano jeszcze na zajmowanych stanowiskach, jeśli brali udział w pierwszej wojnie światowej i walczyli w co najmniej 2 bitwach, co musiało być poświadczone. Później zwolniono wszystkich żydowskich urzędników bez wyjątku, ograniczając im jednocześnie możliwości działalności gospodarczej. Po początkowym bojkocie żydowskich sklepów nastąpiło wywłaszczenie przedsiębiorstw i „Noc kryształowa” 9.11.1938. „Gwiazda żydowska”, którą musieli nosić poza domem oznaczała napiętnowanie. Również w Brzegu zniszczono wyposażenie synagogi, a żydowską własność wyrzucono na ulicę, jednak nie doszło tu do dalszych ekscesów i przelewu krwi. Tyle podaje „Nowożytna historia Brzegu“ Wernera Irrganga. Kirschbaum nie wie co się stało ze 160 osobami z brzeskiej gminy żydowskiej. Jedni mówią, że wywieziono ich około 1940 do Generalnego Gubernatorstwa gdzie później ich zgładzono w jednym z ośrodków zagłady. Synagoga do 1940 mimo dewastacji zachowała swój charakter:

Po roku 1940 została przebudowana na budynek mieszkalny i tak jest do tej pory:

Ale to tylko poszlaka. Inne opracowania historyków wskazują na to, że jak wielu innych Żydów, obywateli niemieckich, także Żydzi brzescy zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Obozem dla Śląska w tym czasie był Buchenwald. Brakuje jednak na to niezbitych dowodów, nazwisk, list osób. Ktokolwiek by mógł pomóc, jest mile widziany.

Podziękowania za pomoc zechca przyjąć członkowie www.forumbrzeg.pl, internetowego społeczeństwa miasta Brzegu: tadjurek, Lotnik, Dziedzic_Pruski, Brzeski oraz Dareois
2007-04-05 21:09:03 skomentuj (1)


NAJWIĘKSZA ZBRODNIA? NIESTETY, NIE NAJWIEKSZA.
W dniu pamięci o ofiarach holocaustu dziennikarze, publicyści, komentatorzy zachłystują sie frazeologizmami takimi na przykład jak "Najwieksza zbrodnia ludzkości", "Najpotworniejsza rzecz jaką człowiek uczynił człowiekowi". Kirschbaum nie umie dyskutowac na poziomie przymiotników, bo też i nie wie jakby należało pomierzyć zbrodnię, cierpienie, niegodziwośc, podłosc i okrucieństwio do jakiego zdolny jest rodzaj ludzki wobec siebie. W tych emafatycznych reklacjach brzmi też echo ulgi, że na szczęscie "jest już to za nami, rozliczone, opisane, zmierzone, upamiętnione, a świadkowie niedługo wymrą i będzie pozamiatane."

[fot.www.deathcamps.org]

Pamiętając o ofiarach Holocaustu, o Żydach, homoseksualistach, Romach, Polakach, katolickich księżach, inteligencji, warto pamiętać także o tym, że według ostrożnych wyliczeń historyków utopia komunistyczna pochłonęła w latach 1917-1991:
- ZSRR - 20 milionów ofiar śmiertelnych
- Chiny (bez Tybetu) - 64 miliony ofiar
- Tybet - ok. 1,2 miliona ofiar (1/4 narodu)
- Wietnam - ok. 1 miliona ofiar
- Kambodża - około 2 milionów (1/3 narodu)
- Korea - 2-3 milionów ofiar
- Afryka - około 2 milionów ofiar
- Afganistan - około 1,5 miliona ofiar
Europa Wschodnia - około 1 miliona ofiar
-Ameryka Łacińska - ok. 150 tys. ofiar
Razem około 100 milionów ofiar. Rezimy na Kubie, w Korei, Chinach nadal trwają a ten ostatni ma sie znakomicie , i nie przeszkadza mu okupacja Tybetu.

"A biały prócz śniegu
nad nami jest orzeł
są białe niedźwiedzie
i jest Białe Morze
i w tajdze są groby
bez krzyży i zniczy
i białe są karty
dziejowych rozliczeń
i zbrodnię ktoś w białą
owija bawełnę
i biała bezsenność
i biała bezsenność"
(Jan Krzysztof Kelus, "Piosenka o rzeczach białych")


Dobra noc.
2007-01-28 22:55:20 skomentuj (6)


KIRSCHBAUM POPIERA SPRAWĘ NOBLA DLA IRENY SENDLEROWEJ
My, ludzie dobrej woli, Żydzi, Polacy, obywatele i mieszkańcy wielu krajów świata, chcemy wyrazić pełne i entuzjastyczne poparcie dla kandydatury prawdziwej bohaterki, Pani Ireny Sendler, do Pokojowej Nagrody Nobla.

Przeszło 60 lat po Holokauście wiemy, że ta chwila może być ostatnią okazją dla tak wybitnej i szanowanej instytucji jak Komitet Noblowski, by uhonorować osobę żyjącą za czyny bohaterskie, które stanowią wzorzec do naśladowania dla wszystkich, którzy troszczą się o pokojową przyszłość ludzkości. Ratowanie najbardziej bezbronnych członków prześladowanej mniejszości przed horrorem totalitarnego ludobójstwa to istota dobra i humanizmu.

W czasach bezprawia i zbrodni, Pani Irena Sendler wraz z innymi osobami zaangażowanymi w działalność polskiego podziemia ryzykowała życie dla ocalenia życia żydowskich dzieci. Pani Irena Sendler jest jedną z ostatnich bohaterów pokolenia naszych rodziców i dziadków, którzy stanęli wobec wyjątkowego zła i okazali niebywałą odwagę, siłę przekonań oraz moc skrywającą się w ludzkiej woli.


Radek Kirschbaum podpisał ten list, ty tez może możesz podpisać Tutaj na stronie Forum Żydów Polskich i przeczytac o samej kandydatce.
2007-01-16 22:38:52 skomentuj (2)